HeaderSearchForm

Plener w Bieszczadach

Całą noc sypał śnieg… hojnie, jak to w Bieszczadach. Prognozy pokazywały, że koło 9 -10 chmury się rozstąpią i błyśnie światełko. Warto by było do tego czasu wdrapać się gdzieś wyżej - ot, choćby na Caryńską. To przecież niedaleko. A jednak - zima pokazała co to znaczy względność odległości. Szlak, który normalnie przemierzałam w 1,5 godziny, tego ranka w magiczny sposób wydłużył się do kilku godzin. Rakiety śnieżne zapadały się w świeżym puchu. Każdy krok kosztował wysiłek.  Za mną szedł Radek, który nie mając nawet rakiet - zapadał się jeszcze głębiej. Wydawało się, że nigdy nie dotrzemy do górnej buczyny i że już nigdy nie wyjdzie słońce. Zawsze nad głową będzie tylko mgła, wiatr i śnieg… a jednak, udało się! Buczyna cała w bieli, a ponad nią - połonina z coraz szerszym widokiem. W chwili, kiedy wyszliśmy ponad ścianę lasu - chmury zaczęły uciekać, tworząc atrakcyjne światłocienie. Wspaniały spektakl, który tym bardziej cieszył, że okupiony wielkim zmęczeniem. Cudownie było poczuć taką zimę - towar jakże deficytowy w dzisiejszych czasach.
parent menu item not found: "130"